Nie ma to jak zróżnicowanie w doborze naturalnym, a co. Najwyraźniej ten krążący po okolicy dorodny rudzielec jest gejem albo samcem Zeta ;)
Ponieważ nie mam serca odbierać życia, podjęłam decyzję, aborcji nie będzie. Ile ona może tych kociąt mieć? Sama wielkości kocięcia przecież.
I tak oto, dnia 1. sierpnia 2015 roku zostałam kocią babcią... pięciu (tak, PIĘCIU) czarnych jak matka i ojciec kociąt. O tychże kociąt:
Szczęśliwie cała procedura przychodzenia na świat obyła się bez komplikacji. Gdy już matka pozwoliła je obejrzeć i zajrzeć pod ogonki okazało się, że dostałam w prezencie od losu czterech lordów i jedną lady. Na szczęście nie w stu procentach czarne, z białymi skazami.
Wkrótce dostały imiona.
Pomiędzy jedyną kotką a kocurkiem z białym palcem utworzyła się silna więź, zaczęłam od nich. Przeszło mi przez głowę kilka pomysłów: Bonnie i Clyde, Luke i Leia, Wilma i Fred. A ponieważ do Wilmy i Freda pasowało kilka innych postaci, reszta kocurków pozostała w tymże kanonie. Tak więc o lewej:
Barney, Dino, Wilma, BamBam i Fred
Ponieważ czarnych kotów nikt nie chce adoptować, bo to taka straszna kupka nieszczęścia i złego losu; ponieważ ogłoszenie wystawiłam również bez szczególnego przekonania; ponieważ pokochałam je tak strasznie bardzo okrutniście, to wszystkie zostały ze mną.
A co, niech mnie zwą szaloną kocią mamą, starą panną, czarownicą i wariatką, mam to gdzieś. Szał kociego dzieciństwa mam za sobą, wszystkie szklanki, które miały potłuc już potłukły, teraz mam 100% wyciąg z kociej rozkoszy.
I kiedy konam targana migreną, kiedy od tej migreny przypomina mi się obiad z zeszłego tygodnia i żadne przeciwbóle nie raczą robić co do nich należy, wówczas przybywa moc kociego czerepu... zn zastępu i stosuje niezawodne okłady z kota. Nie ma znaczenia, że na mojej głowie w danym momencie może zmieścić się tylko jedna sztuka kota, więc jak nie na głowie, to znajdą sobie miejsce w pobliżu, najlepiej pod kocykiem, gdzieś tak o tutaj, bliziutko. I kiedy tak otwieram jedno oko, żeby w agonii któregoś mimochodem nie zdusić, to patrzą na mnie tymi swoimi oczyma w kilku kolorach i zaraz mi się robi lepiej, nie tylko na migrenie. Kiedy tak kładzie mi się takie kociątko na piersi, pod kocykiem, drugie pod pachą i podnoszą głowy tylko, żeby zobaczyć czy śpię a jak nie śpię, to trącają mnie tylko noskiem i układają się znów wygodnie. I są w tym dbaniu o mnie takie czułe i delikatne, że aż reszta świata przestaje mieć znaczenie.
Sześć kotów. W cholerę dużo. Bezgranicznej, darmowej kociej miłości.

