poniedziałek, 21 marca 2016

Dom jest tam, gdzie są koty moje.

Wychodzisz przed ósmą. Wracasz po dwudziestej. Dwanaście godzin poza domem. Wracasz, padasz na twarz. Ale stado woła o chrupki. Napełniasz miski. Nie masz na nic siły. Siadasz na kanapie, bierzesz do ręki szydełko. Czujesz odprężenie. Pojawia się pierwszy kot, drugi, szósty. Miękko, miło, mrucząco. Dopiero teraz czujesz, że jesteś w domu.

sobota, 27 lutego 2016

O stadzie c.d.



Alfa: (pseudonimy: Gonzo, Alfonzo, Matka Rodzicielka, Ninja) matka szefowa, kierowniczka zamieszania, nigdy nie była specjalnie proludzką kocicą. Miała zawsze swojego jednego człowieka (mnie oczywiście) a do innych chodziła tylko po smakołyki. Puściła się, gelejza jedna ale dzięki temu mam zatrzęsienie kociego szczęścia. To taki koci sobek, ale z tych sympatycznych takich, nawet czasami przychodzi na głaski. Kolor: cała czarna. Oczy: cytrynowo- zielone. Ulubiona część człowieka: kolanka. Zwłaszcza kiedy akurat jestem zbyt zajęta. 


Barney: (pseudonimy: Okruszek Paproszek, Mikronek, Barencjusz) kruszyna, ostatni z miotu, drobny, niewyrośnięty, nadrabia ciekawościa i charyzmą. Wszędzie go pełno i zawsze jest blisko. To kot z tych, co dyskretnie położy się na kolanach jak oglądasz film i będzie przyjmował głaski z zaskakująco donośnym – jak na takie małe ciałko – mruczeniem. Jeśli akurat bedzie Ci przeszkadzał i odstawisz go na podłogę, wtedy połozy się grzecznie w pobliżu. Barney to kot,  który będzie lizał Cię po nosie. Kolor: bardziej grafitowy niż czarny z widocznymi czarnymi pręgami, białych kłaczków ma tylko kilka pod bródką. Oczy: bursztynowe. Ulubiona część człowieka: cały człowiek. 

Bambam: (pseudonimy: Bambi, Bambiszon, Bambaniusz) kiedyś aspirował na samca Beta, ale nie urósł, więc sobie chłopak odpuścił aspiracje. Bardzo doludzki, brany na ręce momentalnie się rozpływa. To też ten kot, który będzie dogrzewał Ci stopy, gdy myjesz rano zęby a w nocy wchodzi pod kołdrę i ogrzewa marznące piętki. Jest bardzo grzeczny i usłuchany. Taki nienapastliwy egzemplarz. Kolor: czarny z białym krawatem i białym bikini. Białe kłaczki na tylnych łapkach. Oczy: bursztynowo- zielone. Ulubiona część człowieka: stopy. 

Dino: (pseudonimy: Dinosław, Kotlet, Klucha) wielki, przerośnięty, upasiony kloc. Większy od Alfy. jeśli w każdej grupie jest błazen, to w tej jest to Dino. Nigdy nie wiadomo, co uderzy mu do głowy. Potrafi być kotem, który dosadnie będzie domagał się pieszczot wchodząc na człowieka na wszystkie znane kotom sposoby; może być też tym szalonym kotem, który będzie biegał pół wieczoru za papierkiem. Dino wejdzie dosłownie na głowę żeby być blisko. Jest duże prawdopodobieństwo, że będzie rozpychał się w nocy na poduszce. Lubi usiąść na środku pokoju i opowiadać kocie historie, zwłaszcza jak nikt nie słucha. Jeśli jakiś kot chodzi po domu i gada, to jest to Dino. Kolor: czarny z pojedynczymi białymi kłaczkami na całym ciele, mały biały krawacik. Oczy: cytrynowo- zielone. Ulubiona część człowieka: głowa i kark. 

Fred: (pseudonimy: Fredzio, Wredzisław, Fredek) Pan i władca. Samiec Alfa. Zawsze pierwszy, zawsze na czele. Bystry, ciekawski, duży i silny. Uwielbia się bawić. Ciągnie go w każdy zakamarek (na dwór również!), ale szybko się uczy i wie już, że po blacie spacerować nie należy (chociaż jak to kot, i tak włazi jak człek nie patrzy). Lubi wszystko, wszytkich, zabawy, mizianie, nie wybrzyda, nie marudzi. Przypomina o sobie bardzo często: jak tylko widzi dłoń od razu instaluje w niej swoją głowę. Lubi plątać się pod nogami. Ulubiony brat Wilmy. Kolor: czarny z białym krawatem , bikini i podpaszkami. Na przedniej lewej łapce charakterystyczna biała plamka między palcami. Oczy: cytrynowo- zielone. Ulubiona część człowieka: cały człowiek.

Wilma: (pseudonimy: Williamson, Chudzinka, Maleństwo, Resztka) jedyna kotka w miocie. Mikro indywidualistka, trochę separuje się od reszty. Człowieka lubi ale nie narzuca się. Brana na ręce poddaje się pieszczotom, ale sama nieczęsto prosi o głaski. Lubi bawić się  sznurkami, papierkami i w chowanego. Najczęściej znaleźć można ją w najmniej spodziewanym miejscu, np. w szufladzie ze skarpetkami albo pod szafkami w kuchni. Ulubiony brat: Fred. Kolor: prawie cała czarna. Oczy: bursztynowe. Ulubiona część człowieka: miska. 


piątek, 26 lutego 2016

Stado

Wszystko zaczęło się gdzieś w czerwcu 2015, w lasach na północy naszego pięknego województwa, kiedy to moja czarna ninja, siostra swojego brata, przebiegła Alfa, napędzana chucią i rują dała nogę i dała się dosiąść lokalnemu samcowi alfa, który był równie czarny co ona.
Nie ma to jak zróżnicowanie w doborze naturalnym, a co. Najwyraźniej ten krążący po okolicy dorodny rudzielec jest gejem albo samcem Zeta ;)
Ponieważ nie mam serca odbierać życia, podjęłam decyzję, aborcji nie będzie. Ile ona może tych kociąt mieć? Sama wielkości kocięcia przecież.
I tak oto, dnia 1. sierpnia 2015 roku zostałam kocią babcią... pięciu (tak, PIĘCIU) czarnych jak matka i ojciec kociąt. O tychże kociąt:


Szczęśliwie cała procedura przychodzenia na świat obyła się bez komplikacji. Gdy już matka pozwoliła je obejrzeć i zajrzeć pod ogonki okazało się, że dostałam w prezencie od losu czterech lordów i jedną lady. Na szczęście nie w stu procentach czarne, z białymi skazami.

Wkrótce dostały imiona.

Pomiędzy jedyną kotką a kocurkiem z białym palcem utworzyła się silna więź, zaczęłam od nich. Przeszło mi przez głowę kilka pomysłów: Bonnie i Clyde, Luke i Leia, Wilma i Fred. A ponieważ do Wilmy i Freda pasowało kilka innych postaci, reszta kocurków pozostała w tymże kanonie. Tak więc o lewej:

Barney, Dino, Wilma, BamBam i Fred

Ponieważ czarnych kotów nikt nie chce adoptować, bo to taka straszna kupka nieszczęścia i złego losu; ponieważ ogłoszenie wystawiłam również bez szczególnego przekonania; ponieważ pokochałam je tak strasznie bardzo okrutniście, to wszystkie zostały ze mną. 
A co, niech mnie zwą szaloną kocią mamą, starą panną, czarownicą i wariatką, mam to gdzieś. Szał kociego dzieciństwa mam za sobą, wszystkie szklanki, które miały potłuc już potłukły, teraz mam 100% wyciąg z kociej rozkoszy. 

I kiedy konam targana migreną, kiedy od tej migreny przypomina mi się obiad z zeszłego tygodnia i żadne przeciwbóle nie raczą robić co do nich należy, wówczas przybywa moc kociego czerepu... zn zastępu i stosuje niezawodne okłady z kota. Nie ma znaczenia, że na mojej głowie w danym momencie może zmieścić się tylko jedna sztuka kota, więc jak nie na głowie, to znajdą sobie miejsce w pobliżu, najlepiej pod kocykiem, gdzieś tak o tutaj, bliziutko. I kiedy tak otwieram jedno oko, żeby w agonii któregoś mimochodem nie zdusić, to patrzą na mnie tymi swoimi oczyma w kilku kolorach i zaraz mi się robi lepiej, nie tylko na migrenie. Kiedy tak kładzie mi się takie kociątko na piersi, pod kocykiem, drugie pod pachą i podnoszą głowy tylko, żeby zobaczyć czy śpię a jak nie śpię, to trącają mnie tylko noskiem i układają się znów wygodnie. I są w tym dbaniu o mnie takie czułe i delikatne, że aż reszta świata przestaje mieć znaczenie. 

Sześć kotów. W cholerę dużo. Bezgranicznej, darmowej kociej miłości.


czwartek, 25 lutego 2016

My best of Aliexpress: obuwie dla dzieci

Buty dla dzieci, temat rzeka. Ledwo kupisz, już są za małe. Ceny w sklepach powalają niestety, dlatego szukając alternatyw, oczywiście trafi...